Dziś pogoda była podobna do wczorajszej, z tą różnicą, że mieliśmy więcej słońca. W nocy co prawda lało i przeszła burza, ale rano nie było już śladu po nawałnicy.
Spędziliśmy chwilę na plaży, a potem wzięliśmy rowery i zrobiliśmy sobie wycieczkę wzdłuż linii brzegowej. Jadąc niespiesznie, obejrzeliśmy jeden z wielu posągów na Bali – Dharma Arjuna Statue. Przedstawia on bohaterów hinduskiego eposu Mahabharata i symbolizuje dharmę (obowiązek), siłę oraz mądrość. Przez moment obserwowaliśmy też Waterblow, czyli formację skalną, o którą rozbijają się fale. Podczas przypływu tworzą one rozbryzgi o wysokości nawet do 8 metrów. Prawie cała linia brzegowa aż do granic strefy turystycznej jest zajęta przez resorty, choć zdarzają się momenty, gdy odsłania się kawałek wolnej plaży. Mijaliśmy mniejsze i większe zatoczki, a przy niektórych z nich widać było surferów czekających na falę. Właściwie to czekających bez końca – można by odnieść wrażenie, że ten sport polega głównie na leżeniu na desce i wypatrywaniu tej właściwej fali. Choć na deskach były dziesiątki osób, udany ślizg udało nam się zobaczyć zaledwie kilka razy. Koniec strefy turystycznej był widoczny od razu – skończyły się równo przycięte trawniczki, ład i porządek. Pojawiło się trochę chaosu i śmieci, czyli po prostu normalny świat. Gdy ścieżka rowerowa dobiegła końca, zrobiliśmy pit-stop na jednego Bintanga, po czym wróciliśmy tą samą drogą i oddaliśmy rowery.
Potem ruszyliśmy do pokoju, żeby się odświeżyć, i wybraliśmy się na obiad do pana Nyomana (dostaliśmy kupon rabatowy, więc trzeba było go wykorzystać). Przy okazji obejrzeliśmy mecz Igi na Australian Open – niestety przegrała. Na koniec dnia poszliśmy na masaż i tak minął nam kolejny dzień.