Wylot do domu mamy o 22:55, tak więc przed nami cały dzień w Kuala Lumpur. To już nasz kolejny raz w tym mieście, więc wszystko, co chcieliśmy zwiedzić i zobaczyć, widzieliśmy poprzednio. Tym razem nastawiliśmy się na spokojny spacer i mały shopping w centrum handlowym Pavilion. Dzień zaczynamy od śniadania z wiktuałów kupionych wczoraj – pijemy kawę z torebki i jemy jakieś „chemiczne” kanapki. Potem idziemy na basen na 51. piętrze z widokiem na wieże. Ani się obejrzeliśmy, a przyszedł już czas, kiedy trzeba się wymeldować z pokoju. W Platinum II, a właściwie The Platinum Suites 2 KL by HOLMA, nocujemy drugi raz. Pierwszy był dwa lata temu i hotel pachniał jeszcze nowością. Teraz widać już upływ czasu i intensywną eksploatację. Nie ma już takiego efektu „och i ach”, ale dalej jest przyzwoicie. Platinum to właściwie nie hotel, tylko apartamentowiec z pokojami na wynajem, a firm oferujących w nim noclegi jest kilka, jeśli nie kilkanaście. Gdy byliśmy tu pierwszy raz, chwilę nam zajęło, zanim trafiliśmy do „by HOLMA”, ponieważ w holu budynku znajduje się kilka osobnych recepcji obsługujących gości.Graty zostawiamy na przechowanie w recepcji i spacerkiem idziemy do Pavilionu, po drodze wstępując na kawę do Starbucksa. W centrum handlowym widać przygotowania do Chińskiego Nowego Roku – wszędzie królują konie i koniki, bo 2026 jest rokiem Konia. Tak sobie błądzimy po piętrach, od Hermesa po Zarę. Na obiad idziemy do Din Tai Fung na pierożki, których nie udało nam się skosztować na Phuket. Kupujemy jakieś fanty, fatałaszki i bzdurki. Czas szybko leci. Wracamy spacerkiem do hotelu, odbieramy graty i zamawiamy podwózkę na lotnisko – tym razem poprzez aplikację Trip.Znów pojawia się problem z odbiorem nas na czas – kierowca ma 15 minut spóźnienia, a tłumaczeniem jest traffic. Mimo że aplikacja pokazuje czas dojazdu online, warto zachować trochę rezerwy czasowej, bo samolot nie poczeka. Po drodze na lotnisko dzwoni telefon. To Jerry i Bożenka dają znać, że dotarli do Ubud i są już w hotelu. Oni dopiero zaczynają swoją przygodę, przed nimi Bali i Raja Ampat.Już przed samym lotniskiem kierowca robi się nerwowy. Nagle się zatrzymuje, prosi, abym przesiadł się na przednie siedzenie, i mówi, że mamy przygotować paszporty. Tłumaczy, że przed nami kontrola policji. I rzeczywiście była – policjant sprawdził paszporty, popatrzył na nasze facjaty i kazał jechać dalej. Trochę się zdziwiliśmy. Jak później doczytałem, kontrole odbywały się w ramach ogólnokrajowej akcji antyimigracyjnej. Potem wszystko idzie już bez problemów: odprawa paszportowa, kontrola bezpieczeństwa, gate, start i następnego dnia rano jesteśmy w Amsterdamie. No, może nie do końca bez problemów – w jednej z walizek kabinowych urywa się rączka teleskopowa.