Planowaliśmy nocleg w domkach na jeziorze, ale chyba za późno się za to zabrałem. Bo ani w portalach rezerwacyjnych czy bezpośrednio w resortach, albo nie było miejsc, albo ceny były zaporowe. Próbowałem też przez „polskie” biura egzystujące w Tajlandii z podobnym efektem.
Więc został plan B, czyli nocleg w Khao Sok i wycieczka na jezioro bez domków na wodzie.
Gorączka zelżała, śniadanie, busik i dobrą godzinę później jesteśmy nad jeziorem. Tu jak to w wypadku takich imprez bywa czekanie, liczenie, sprawdzanie czy cała grupa jest w komplecie, opaski na rękę. I cała grupa posłusznie idzie się okrętować na łódź, ale po drodze trzeba jeszcze zapłacić myto za wstęp do parku narodowego i opłatę komunalną.
Po tym wszystkim wypływamy, sama wycieczka to taki turystyczny standardzik, skałki trzech mnichów, jaskinia gdzie drepcze jeden za drugim jak w kolejce za komuny. Namiastka lasu deszczowego w postaci 15-minutowego spaceru podczas którego nasza przewodniczka o pseudonimie Mellon opowiada o tym co widzimy. To liana która gromadzi wodę, to rattan, to termitiera, a tych liści nie dotykajcie bo mogą podrażnić skórę. Następnie lunch w domkach na wodzie, a właściwie w restauracji przy tych domkach. Tu moje wielkie zdziwienie, większość z domków było wolnych, a ja miałem problem, żeby cośkolwiek zarezerwować. Zażyliśmy kąpieli, popływaliśmy na kajakach, czas wracać. Przystań, busik i do resortu. Potem jeszcze tajska zupka na kolację i lulu.
Sama wycieczka nic specjalnego, ale widoki wapiennych skał i przyrody na nich egzystującej bezcenne, jednym słowem warto.