Dzień leniuchowania, zaczynamy od śniadanka, tu muszę napisać parę słów na ten temat.
Wchodzimy na stołówkę, a mnie aż zatkało wypas jak na all inclusive w Egipcie czy też innej Turcji. Na bogato, człowiek żałuje, że nie ma zapasowego żołądka. Specjały kuchni tajskiej, Pad Thai, Tom Kha, Tom Yum, Som Tam, curry w różnych postaciach, zupki, kleiki, ryże, kuchnia zachodnia, ale łosoś w plastrach to już lekka przesada. Stół z owocami, arbuz, mango, dragon fruity, marakuja i banany różnej wielkości i koloru. Poprzednim razem to bardziej przypominało śniadanie w szpitalu, a teraz proszę.
A przed wyjazdem człowiek czytał, o możliwych problemach zaopatrzeniowych na wyspie z powodu wielkiej powodzi na południu Tajlandii pod koniec zeszłego roku.
Plaża, leżak, kąpiel, snurkowanie i tak do popołudnia. Po południu wybieramy się na walking street, trochę się szlajamy, znajdujemy „polską knajpę”. Nazwaliśmy ją Lewandowski, a to z powodu naszego rodaka robiącego za naganiacza odzianego w koszulkę z numerem 9.
U powały knajpy wisi nasza flaga narodowa, która pewnie także robi za wabik dla rodaków, co jak słychać w knajpie spełnia swoją rolę, większość gości to Polacy . Oprócz pana w koszulce reszta obsługi, to już sami Tajowie. Danie smaczne red snaper z grilla robi robotę, to jest ten smak za którym tęskniliśmy.
Po kolacji spacerek po bocznych uliczkach, to tu, to tam. Trafiamy na knajpkę na modłę jamajską. Tak ogólnie już od początku naszych tajlandzkich wojaży można zauważyć trend u Tajów kreowania się na klimaty w stylu reagge. Tu nie inaczej, jest rastaman jest i święte zioło.
Było trochę zabawy, trochę śmiechu, trochę głupawki, ale na spokojnie i pod kontrolą.
I dzień zleciał nawet nie wiadomo kiedy.