Plan jest taki, aby na skuterach dostać się do jednej z atrakcji okolic Luang Prabang wodospadów Kuang Si. O aspektach formalno-ubezpieczeniowych jazdy na skuterach w Azji południowo-wschodniej pisałem już przy okazji innych wojaży, także nie będę się powtarzał.
Rano śniadanie w kurtach puchowych, tym razem obsługa rozstawiła na werandzie przy stolikach kamienne paleniska z rozżarzonym węglem drzewnym. Po śniadaniu Sławek wziął Karla na kurs jazdy skuterem, chłop nigdy nie jeździł, a przecież nie może to być trudne tu jeżdżą tysiące ludzi. Przed samym wyjazdem Sławek jeszcze raz upewnia się czy Karl da radę, on odpowiada spoko. No to zbieramy się i wio najpierw na stację benzynową. Obserwując jazdę Karla, a szczególnie wchodzenie w zakręty jesteśmy coraz bardziej sceptyczni co do powodzenia misji.
Póki co jedziemy i jest ok, stajemy na popas w ładnie położonej miejscówce Full House Cafe. Kawa, woda kokosowa w otoczeniu zieleni pól ryżowych w gustownych domko-stolikach. Jesteśmy w cztery skutery my, Karl z swoją połówka, Sławek i połówka, Jerry samotnie Bożenka zrezygnowała została z Adasiem i Danusią co by nie czuli się samotni. Po popasie start jedziemy dalej. Nie minęło pięć minut, wyjeżdżamy za zakrętu i widzimy Karl z Ewą leżą na jezdni. Szybka akcja sprawdzamy czy poważnie, dzięki Bogu nie. Poszkodowani i skuter na pobocze. Dokładne oględziny ran poobijani i poobdzierani w szoku, ale nie wygląda to poważnie. Szok mija pojawia się ból pojawiają się także ludzie skorzy do pomocy. Staje przy nas pick-up i oferuje, że zawiezie ich do szpitala. Twierdzą, że dadzą radę i nie potrzebują asysty ładują się do samochodu skuter na pakę, a my w dalszą drogę.
Dojeżdżamy do parkingu wodospadów, zostawiamy skuterki, potem do kasy i meleksem do punktu startowego trasy. Opisywać nie będę, powiem tylko warto, jak najbardziej warto mimo dość sporej ilości zwiedzających. Doszliśmy do końca czyli ostatniej kaskady, patrzymy są schody wchodzimy pewnie z góry widok musi być nieziemski. Wchodzimy 542 stopnie, po drodze mijamy znaki z ilością spalonych kalorii. Na górze spektakularnych widoków nie ma zieleń tropików zasłania, a do krawędzi nie podjedziesz zbyt niebezpiecznie. Widoków nie ma, ale jest zipline nad wodospadami, jak próbować taka atrakcję to tylko tu. Dość długa chwila wahań i rozterek, szczególnie ze strony wiadomo jakiej, trochę to kosztuje. Ale co tam, lecimy. Jazda składa się z pięciu odcinków jak piszą internety
Szybuj w powietrzu na pięciu tyrolkach, z których każda oferuje wyjątkową perspektywę kaskadowych wodospadów. Pierwsza z nich ma 135 metrów, a następnie ekscytujący zjazd na 270 metrów. Trzecia i czwarta zjeżdżalnia sprawdzają twoją odwagę na wysokości odpowiednio 352 i 130 metrów, zanim ostatnia 290-metrowa tyrolka sprowadzi cię z powrotem na ziemię. Ta niesamowita przygoda gwarantuje zastrzyk adrenaliny, który zapiera dech w piersiach, tworząc niezapomniane wspomnienia w tym magicznym otoczeniu.
I tak to jest, sprawdzone, wrażenia niezapomniane.
Potem jeszcze kąpiel w oczkach wodnych, obowiązkowa sesja zdjęciowa i czas się zawijać nie długo zacznie się ściemniać. Na parking, na skuterki i do domu czyli resortu. Wracamy Karl i Ewa są już w pokoju, śpią zaliczyli wizytę w szpitalu, prześwietlenia i zastrzyki przeciw tężcowi. Nic nie złamane poobcierani, obalali, ale cali. Skuter zaliczył małą obcierkę wycenioną na 50 $.
Obiadokolacja i spacer po najbliższej okolicy resortu, typowa azjatycka zabudowa dla nas bez ładu i składu, ale tak tu jest. Po spacerku mały relaksik odprężeniowy i tak minął dzień drugi.